OD ŚWINKI W CHLEWIKU DO PASZTETU cz. I

Weekend spędziliśmy rodzinnie, pracowicie i nietuzinkowo. Mój brat odbierał zamówioną świnkę, którą wspólnymi rodzinnymi siłami przy olbrzymim wsparciu sąsiada zamieniliśmy w wieprzowinę. Było to dla mnie ogromne przeżycie i niesamowite doświadczenie – zobaczyć cały ten proces “tworzenia” wszystkiego co w sklepie po prostu kupujemy na kilogramy. I niby wiedziałam jak to się dzieje – wychowałam się na wsi i w domu na stół wędrowało mięso z własnego chowu lub zakupionego u sąsiadów. Jako dziecko nie zastanawiałam się nad tym nigdy i traktowałam to za rzecz całkowicie normalną, że baranek dziadka jednego dnia już nie jest barankiem, tylko baraniną. Raz tylko płakałam kiedy zobaczyłam moje ukochane kogutki czekające w misce na oskubanie.

Świadomość, że rano w zagródce u gospodarza można obejrzeć i “wybrać” świnkę, która po południu jest kilkoma kilogramami schabu czy szynki, a następnego dnia kiełbasą, kaszanką, galaretą czy pasztetem może być dla niektórych szokująca. Jednak wszyscy, którzy jedzą mięso chyba mają taką wiedzę, że pół kilograma mielonego mięsa to nie produkt przemysłowy złożony z części składowych, a zwierzę które żyło, jadło i w pewnym momencie ktoś je dla nas uśmiercił. Nie piszę tego aby szerzyć jakąkolwiek ideologię, ja też jestem mięsożercą.

Na pewno ten weekend przypomniał mi jedno – aby zjeść mięso trzeba zabić jakiegoś zwierzaka i tylko można zastanawiać się nad jakością jego życia. Czy jest trzymane w ohydnej, cuchnącej  hali, karmione sztucznymi karmami, czy może mieszka w chlewiku, chadza sobie po niewielkim wybiegu na podwórku, a gospodarze mówią do niego, poklepują i na swój sposób kochają. Dla mnie trudne do zrozumienia jest jedynie to, że ten gospodarz, który przez kilka miesięcy dba o swoją świnkę jest potem jej mordercą. I niestety ona i jej towarzyszki z chlewiku zdają sobie z tego sprawę już w momencie wyprowadzania delikwentki z zagrody.  Ja sama po prostu uciekłam z podwórka kiedy gospodarz wyprowadzał “wybrankę”  do miejsca uboju – było to ponad moje siły.

Po przywiezieniu świnki pierwszą czynnością jest jej dokładne obmycie, potem dwukrotne opalenie i oczyszczenie. Potem następuje wyjęcie wnętrzności i podział na dwie połowy. Kolejne prace to już rozbiór półtusz czyli podział na tzw elementy zasadnicze (karkówka, łopatka, szynka, golonki, nogi, schab, żeberka, słonina itd.).

Pierwszym daniem świniobicia zawsze była u nas świeżynka, na którą wszyscy z niecierpliwością czekali od rana. Świeżynka zwana przez niektórych świeżonką to po prostu wysmażone kawałki bardzo świeżego mięsa. Niby nic nadzwyczajnego, ale tylko niesamowicie świeże mięso ma w sobie to “coś”. Takiego mięsa można niczym nie przyprawiać, dodatek czegokolwiek poza solą będzie zabójstwem dla tego dania.

Dość tłuste części wieprzowiny, pokrojone w spore kawałki wysmaża się w dużym rondlu. Na części tłuszczu, który powstał z wysmażenia mięsnych kawałków podsmażamy kawałek pokrojonej w plastry wątróbki z dodatkiem cebuli. Świeżynkę i wątróbkę po prostu od razu się podaje. To smaki, które są nie do podrobienia – wiedzą to ci, którzy kiedykolwiek ich spróbowali.


ciąg dalszy nastąpi…

Komentarze:

  1. Pamiętam takie świniobicia z dzieciństwa. Ile wtedy smakołyków można było podjeść… mniam

  2. Izka pisze:

    Fajne doświadczenie. Wiemy co jemy. U nas odbywa sie to zawsze przed Wielkanocą. Powstają pyszne kiełbasy białe, suszone, wędzone, pasztety,kaszanki, domowy salceson. Mnóstwo mięsa podatowane, poporcjowane, podpisane, a następnie mrożone. Taki schab po upieczeniu mozna kroić widelcem ! – jest tak delikatny, a ten co kupujemy w sklepie mimo, że piecze się długo nadal jest gumowaty i włóknisty.

  3. W kuchni Uli pisze:

    jak to dobrze, że nie jadam mięsa, biedna świnka :((((((((((((((((((((((

  4. paulagotuje pisze:

    Z jednym mogę zgodzić się na pewno – co innego, kiedy idziemy do sklepu i kupujemy kilo karczku, a co innego, kiedy ten karczek z pozostałymi częściami ciała biegał wesoło po naszym podwórku. Nie potrafiłabym ani zjeść ani zabić świnki/kury/królika, którego wcześniej ileś czasu karmiłam, opiekowałam się nim i patrzyłam jak rośnie.

  5. Bardzo chciałbym się wybrać na takie świniobicie, jako "człowiek z miasta" nigdy nie miałem takiej możliwości a pogłębiło by to znacząco moją wiedzę na temat rozbioru mięsa. Pewnie nawet bym coś zjadł, mimo że teraz jak myślę o całym procesie to trochę kanibalizm:)

  6. Mocny wpis, ale potrzebny, bo większość osób mieszkających w miastach nie wie jak to wygląda. Tak się zaczytałam, że zapomniałam czego u Ciebie szukałam na blogu 😉

Dodaj komentarz