IV PÓŁFINAŁ BLOGER CHEF – OGRODZIENIEC

Ufff, już po…

Gotowanie przy publiczności, dodatkowo nie samemu i nie w zaciszu swojej kuchni lecz z innymi blogerami, a potem ocenianie tego co zrobisz to naprawdę przeżycia bardzo trudne do przekazania. Olbrzymia dawka emocji, po I półfinale nie pozwalała zejść mi na ziemię ponad tydzień. Tym razem dochodzę do siebie zdecydowanie szybciej.

Ten konkurs to przede wszystkim konkurs – taka jest prawda. Jednak to również możliwość wymiany kulinarnych doświadczeń, podpatrzenia jak robią to inni, posłuchania tego co o naszym blogersko-domowym gotowaniu mówią ci, którzy tak jak my kochają gotowanie, ale są profesjonalistami. I nie ukrywajmy – jest to świetna zabawa, bo spotkanie się z pasjonatami, którzy przez całe popołudnie i wieczór mogą tak jak Ty rozmawiać po prostu o gotowaniu jest cudowną sprawą.

IV półfinał konkursu dla blogerów kulinarnych Bloger Chef odbywał się w ostatni weekend w hotelu Poziom 511 w Ogrodzieńcu. Przepiękne, klimatyczne miejsce – hotel na zboczu góry, idealnie wpasowany w jurajskie skały. Najpiękniejszy basen jaki dotąd widziałam. Mnóstwo luster i szkła. Kiedy przechodzi się długim korytarzem i za szklaną ścianą widzi taflę wody, sprawiającą wrażenie wylewającej się na wprost na zbocze góry, naprawdę robi to wrażenie. Hotel położony jest w niewielkiej odległości od zamku ogrodzienieckiego, który koniecznie trzeba zobaczyć.

Pierwszy dzień

Powitanie, potem losowanie kolejności oraz składu grup półfinałowego gotowania. Zostałam wylosowana do pierwszego gotowania – bardzo tego nie chciałam. No i moja grupa: Asia, Marysia oraz Paweł. Sprawdzili się znakomicie. Jestem bardzo im wdzięczna – byli zaangażowani, pomocni i bardzo zdyscyplinowani. Jeszcze raz tym, razem tutaj, na blogu: – Dziękuję Wam bardzo!!!

Potem pokaz baristyczny w wykonaniu szefa gastronomii hotelu Marka Mocnego. Uczyliśmy robić się różne rodzaje kawy oraz próbowaliśmy naśladować szefa przy ozdabianiu.

Kawa w moim wykonaniu:

Wieczór pierwszego dnia to wspólne przygotowanie prażonek. Ja pierwszy raz spotkałam się z tym daniem właśnie podczas gotowania w Ogrodzieńcu. Prażonki piecze się w żeliwnych garnkach-kociołkach. To ułożone warstwami: ziemniaki, kiełbasa, boczek, cebula, buraki, marchew z dodatkiem smalcu, doprawione solą i pieprzem. Taki kociołek wyłożony kapustą, która ma zapobiec przypaleniu, wypełniony po brzegi, szczelnie zamknięty umieszcza się w ognisku.

Byliśmy podzieleni na trzy grupy i stworzyliśmy trzy całkowicie różne prażonki. Ja pracowałam w grupie z Asią i Pauliną. Nasz prażonka zrobiona była na wzór zapiekanki mojej mamy: ziemniaki, cebula i kiełbasa. Dodatkowo przygotowałyśmy sałatkę z produktów Ole, która była świetnym uzupełnieniem upieczonych ziemniaków.

Czas oczekiwania na prażonki to pieczenie kiełbasek, degustacja piwa z lokalnego browaru oraz świetna zabawa przy ognisku. Ognisko przy jurajskich skałach, na których tworzyły się wielkie cienie  – super wieczór.

Drugi dzień
Najpierw test teoretyczny, jak dla mnie (potem się okazało, że dla innych również) dość trudny. Tutaj znajdziecie pytania, na które odpowiadaliśmy.

Jury IV półfinału (od strony prawej): Mirek Drewniak, Marek Mocny oraz Damian Horwat.

No i gotowanie… Asia, Marysia i Paweł byli świetnym wsparciem podczas wszystkich prac. Zaangażowanie Asi było niesamowite – to ona pilnowała moich tart w hotelowej kuchni. Pomoc wszystkich przy gotowaniu i potem serwowaniu była nieoceniona.

 Niestety danie główne miało wady. Ryż zdecydowanie nie był taki, jaki powinien być podany na konkursie kulinarnym – powiem więcej – wstydzę się, że podałam coś takiego.

Zbyt zmrożone krewetki po dodaniu do sosu wytworzyły za dużo płynu, który już nie zdążył się zredukować, no i te ogonki…

Za to moje tarty spotkały się z uznaniem wszystkich jurorów. Usłyszałam też mnóstwo ciepłych słów od publiczności, więc z pewnością mogę Wam je polecić – tutaj znajdziecie przepis.

Potem kolejne gotowania…

Tutaj chciałabym wspomnieć gotowanie pod wodzą Kingi – jej meksykański kurczak w czekoladowym sosie Mole Poblano mnie osobiście powalił na kolana. Sos był rewelacyjny i trudno było oderwać mi się od niego – połączenie chilli i czekolady…. mniam.

W czasie oczekiwania na werdykt jury odbyły się niesamowite warsztaty winiarskie. Pan Michał ze Składu Win Mielżyński opowiadał o winach, odpowiadał na nasze pytania i tłumaczył wszystko czego chcieliśmy się dowiedzieć – dla mnie rewelacja. Facet z niezwykłą pasją, kochający to co robi i tak cudownie przekazujący to wszystko innym.

Potem ogłoszenie wyników. Zwyciężyła Marysia. Jej  filet mignon w sosie karmelowo-rozmarynowym z grzybami leśnymi oraz retro deser z coca-colą i wiśniami zasłużenie zdobyły uznanie jurorów.

Potem pożegnania i ostatnie wspólne zdjęcia – koniec…

To było kilkadziesiąt naprawdę cudownych godzin. Ja z nadzieją będę oczekiwać kolejnej edycji tego konkursu i będę ze wszystkich sił starać się… Bo tak naprawdę sam udział w takich półfinałach jest jak wygrany los w loterii.

Jurorzy, którzy byli aby nas oceniać, tak naprawdę podczas całego pobytu dzielili się swoją wiedzą i doświadczeniem. Przedstawiciele sponsorów, którzy pomocą oraz dobrym słowem wspierali nas przez te kilka godzin. Organizatorzy: Kasia i Marek – zawsze gotowi do pomocy, a widok ich uśmiechniętych twarzy, dodawał energii w każdej chwili.

Z racji, że to był mój drugi raz – próba porównania I i IV półfinału jakoś nasuwa się automatycznie. Zresztą byłam pytana o to już przez kilka osób. Więc postaram się krótko przedstawić moje (bardzo subiektywne przemyślenia).

Organizacyjnie IV półfinał był przygotowany rewelacyjnie – świetnie zaplanowany czas, dostępność produktów oraz sprzętu. Kilku niewielkich niedociągnięć, które można było zauważyć podczas pierwszego półfinałowego gotowania tutaj organizatorom udało się uniknąć.Pamiętając straszliwe zmęczenie po powrocie z Gniewina, postanowiliśmy zostać w hotelu kolejną noc i było to rewelacyjne posunięcie. Mieliśmy sporo czasu na relaks w hotelowych saunach, na basenie, a w niedzielę doczekaliśmy się pięknego słonecznego nieba.

Uczestnicy – podczas I półfinału nie dało odczuć się rywalizacji wynikającej z konkursowej formuły spotkania. Współpraca, wspomaganie się zarówno w poradach jak i przy wykonywaniu wszystkich czynności było dla mnie czymś niesamowitym. Wydawało się, że każdy uczestnik, niezależnie czy gotował jako szef czy pomagał w gotowaniu innemu szefowi pracował po to, aby do jurorów trafiło jak najlepsze danie.

W IV półfinale zdecydowanie dało się odczuć rywalizację. Jak już pisałam, ja byłam bardzo zadowolona z mojej drużyny, cała trójka pracowała rewelacyjnie. Jednak w kuluarach dało się słyszeć, że nie wszyscy do końca postępowali fair play.

Gospodarze czyli Poziom 511, a tak naprawdę wszystkie osoby, z którymi dane było nam się kontaktować lub korzystać z ich pomocy. Dla całej załogi czapka z głów. Bardzo się cieszę, że zdecydowaliśmy się na przedłużenie pobytu w hotelu – to cudowne miejsce, godne polecenia. To raj dla kochających spacery oraz amatorów wspinaczki – cała okolica to skałki, na których w niedzielne przedpołudnie wspinało się kilkadziesiąt osób. Tak na koniec – było super.

Komentarze:

  1. babeczki były rewelacyjne- bardzo nam smakowały
    Gosia i Witek 🙂

Dodaj komentarz